piątek, 6 stycznia 2012

A miało być tak pięknie.

Raptem rok temu zamarzyłam o biscornu. Zaczęłam haftować, ale wzór mnie pokonał. Zrobiłam jedne nożyczki i drugich już nie byłam w stanie. W sumie miało być ich sześć! Żal było wyrzucić, więc wylądowało toto w pudle. Miałam jeszcze jedna małą chwilę litości, tak koło lipca-sierpnia. Wtedy powstał naparstek o ile się nie mylę.


Nie było siły, wiedziałam już, że nigdy tego nie skończę. Dlatego wczoraj wieczorem, aby nie odkładać tego w nieskończoność, zabrałam się za prucie. Nie wiem dlaczego tak zależało mi na odzyskaniu tego skrawka materiału. Zwłaszcza, że szukając nowego wzoru musiałam brać pod uwagę wymiary tego co posiadam. Jak wymyśliłam, tak uczyniłam.


Wizje miałam już od dawna. Chciałam biscornu wyhaftowane mulina color variations. W tym celu zakupioną już w sierpniu. Co by czasu więcej nie tracić od razu zakasałam rękawy. A że pora była już późna, tak po północy, to co chwilę się myliłam i zaczynałam od nowa. Odłożyłam to na rano. Do południa powinnam zrobić - myślę. Wzór wybrałam prosty, bez backstitchy, żeby szybko poszło.
O 7:30 zerwałam się z łózka, po tym jak mi się przyśniło, że od świeczki spaliły się moje angielskie tamborki.


Dokładnie w tym miejscu, po raz nie wiem który, stwierdziłam, że się pomyliłam. Miałam już serdecznie dość prucia, bo od rana nic innego nie robiłam. Krok do przodu, dwa do tyłu. A już dawno miało być skończone. Jakby tego było mało, zorientowałam się, że wyszywam w niewłaściwą stronę. Biscornu przecież nie ma góry i dołu, więc trzeba tym manewrować tak, aby było "dookoła". Haftując koniczyny zaczęłam obracać robótką i tak się zakręciłam, że stwierdziłam, ze mam o jeden rząd za dużo na szerokość. Nie wyszedłby kwadrat i ciężko byłoby to zszyć. Najpierw chciałam zacząć od początku na drugim kawałku kanwy. Doszłam jednak do wniosku, że połowę tego co już zrobiłam dałoby się uratować.


No i sprułam. A jak już skończyłam, to się okazało, że zupełnie niepotrzebnie! Bo przecież obracałam tym wcześniej. No zakręciłam się jak nic. Byłam wściekła, bo już bym trzy sztuki stworzyła, gdyby nie to ciągłe prucie. A taki prosty miał być wzór... Zanim zaczęłam na nowo walczyć z przeklętym biscorniakiem, ucięłam sobie czterogodzinną drzemkę.
Miałam nadzieję, że dziś to pozszywam. Ba! Że dziś będę kończyć renifera. Koniec końców zrezygnowałam z wyszywania spodniej części, bo nie wiem czy by mi tego długiego weekendu starczyło. Póki co dzielnie walczę, i mam nadzieje, że już jutro się z tym uporam.

4 komentarze:

  1. Coś Cię nie kocha to biscornu, na pocieszenie - ja jeszcze w życiu go nie zrobiłam i nie wiem dlaczego nie ciągnie mnie w te stronę, chociaż takie piękne u Was oglądam!

    OdpowiedzUsuń
  2. ooooo rany jakie przygody z tym nieszczęsnym biscorniakiem - ja chyba bym nie miała tyle cierpliwości

    OdpowiedzUsuń
  3. No nic co nas nie zabije to nas wzmocni. Powodzenia i nie daj się!!!
    Ja sobie wczoraj wydrukowałam ten wzór z nożyczkami...
    Zobaczymy co z tego będzie :))

    OdpowiedzUsuń
  4. zycze cierpliwosci,wytrwalosci i ukonczenia pechowego biscorniaka...

    OdpowiedzUsuń