sobota, 29 grudnia 2012

Leżę i dogorywam.

W czwartek byłam u lekarza, który stwierdził, że to niepełna grypa (?!) Nakazał leżenie do końca roku. Jednak ja nadal będę obstawiać zapalenie oskrzeli. Leżę i nic mi nie jest lepiej. Jedynie gorączka osłabła. Ja to mam pecha, jak trochę wolnego to mnie rozkłada. :-( Jedynie tyle udało mi się zrobić w ciągu ostatniego tygodnia.


wtorek, 25 grudnia 2012

Mikołaj mnie zawstydził.

Tegoroczny Mikołaj nieźle sobie nagrabił. Mianowicie nie dotrzymał warunków umowy! Oj nieładnie, tak się nie robi. Jednak ja jestem pamiętliwa bestia, więc jeszcze się na nim ogdryzę jak się zupełnie nie będzie tego spodziewał. Mikołaju strzeż się! A o to czym mnie obdarował:




Ręcznie robione mydełko i bombka, zestaw kilkudziesięciu szmatek do planowanych pinkeepów, muliny multikolor anchora, Rod Stewart na świątecznie, książka o świętach, różane mydło z mydlarni, kawowy żel pod prysznic. Do zdjęcia nia załapały się tylko pistacjowe czekoladki - moje ulubione zresztą.
A teraz idę się zakopać pod kołdrą, bo czuję się jakbym miała zapalenie oskrzeli. :-(

niedziela, 23 grudnia 2012

Trochę rozrywki.

Dziekuję za komentarze pod poprzednim postem oraz próby podniesienia mnie na duchu. Wczoraj w ramach rozładowywania emocji posprzątałam dokładnie mieszkanie wraz z umyciem okien. Powiew swieżości sprawił, że poczułam się odrobinę lepiej. Nawet trochę xxx zrobilam na styczniowym salowym obrazku. Renifer niestety nadal nie wyraźny, nie dostał rutinoscorbinu. A dziś Ania wyciagnęłam mnie na balet - Dziadek do orzechów i Król Myszy. Po przedstawieniu planowałyśmy iść na jarmark świąteczny na starówce ale że my nigdy nie trzymamy się planu (zauważyłaś to Aniu?), to poszłyśmy do meksykanskiej restauracji, gdzie na dzień dobry zażyczyłyśmy sobie ich słynną truskawkową margaritę. Było nam... hm, wesoło. ;-)


piątek, 21 grudnia 2012

Okropny dzień.

Już chyba ten koniec świata byłby lepszy. A to przecież piątek, koniec tygodnia, początek długiego weekendu, dla niektórych święta, a jednak dziś wszystko jest do bani. Cudowny pomysł pracodawcy, aby premię świateczną w postaci karty przedpłaconej wysłać do każdego z osobna kurierem! Jak kurier ma mnie zastać w domu, skoro jestem w pracy? Na dodatek nie ma do mnie telefonu, na klatkę nie wejdzie, awizo nie zostawi. I tym sposobem karta trafi do mnie w połowie stycznia, kiedy to kurier zwróci ją niedostarczaną do nadawcy, aby ten przekazał mi ją osobiście w miejscu pracy. Gdzie tu sens, gdzie logika?! Chociaż tyle, że wypłata była dzisiaj. Nie mniej nie lubię takich durnych akcji. Ale to jeszcze pikuś. Skończyły mi się leki, które muszę brać stałe. Lekarz pierwszego kontaktu już nie bardzo chce wypisywać recepty, konieczna wizyta u specjalisty. Jakimś cudem udało mi się wczoraj umówić na wizytę, którą ktoś odwołał. Z upragnioną receptą udaję się dziś po pracy do apteki. Trzy stanowiska, jedna pani obsługuje, nikogo w kolejce, dwie panie układają leki. Staję grzecznie na środku, przecież jeszcze nie wiem do której kasy mnie poproszą. Za mną wchodzi jegomość, omija mnie i staje przy ladzie, tuż za obsługiwaną klientką. Pytam się go czy mnie nie zauważył? Cham odpowiada: nie. Powstrzymuję się od złośliwego komentarza i zwracam mu uwagę, że stoję i czekam na swoją kolej. Na co cham stwierdza, że przecież nie podeszłam bliżej. Pytam czy ma zamiar stać na plecach innego klienta? Cham odpowiada twierdząco. Zwróciłam mu uwagę, że to bardzo nie ładnie. Zero reakcji. Nie wiem, może ze mną jest coś nie tak, ale uważam, że w takim miejscu jak apteka trochę prywatności się należy. Tym bardziej, że miejsca nie brakowało. Mówię chamowi, że ja stoję w tej kolejce, a jego zachowanie mi się nie podoba. Co odpowiedział? A niech sobie pani stoi i nawet się nie ruszył. Pomyślałam w duchu, aby go trafił szlag. I w dupie mam, że są jakieś święta, bo ja chamstwa i głupoty nie wybaczam, nigdy. Na szczęście farmaceutka podeszła do mnie i wzięła ode mnie recepty, ale musialam stać kilka metrów od jej kasy, bo cham sie nie ruszył i stał przy "moim" stanowisku. Do apteki wszedł kolejny klient, podszedl do wolnej kasy i tym sposobem cham dalej sobie stał. Ale to nie wszystko. :-( Niestety okazało się, że na recepcie mam wypisany lek w dawce 160 a nie 320. Nie dość że starczyłby mi tylko na 2 tyg to kosztuje dokałdnie 6 razy tyle co 320. Do dupy taki interes. :-( W poniedziałek muszę się wystać w kolejce na mrozie, aby się zapisać do lekarza i wyżebrać receptę. I oby się tylko udało. Do tego jeszcze pies, który ciągle zjada sobie opatrunek i liże skaleczoną łapę raniąc ją coraz bardziej. :-( I chodzę cała wściekła i nabuzowana. Bałagan w domu, lodówka pusta, wszystko mnie irytuje tylko jeszcze bardziej. Ja chcę iść spać i obudzić się w czwartek. Serio. No ale nie mogę. Psy by padły. :-( Więc calm down & stitch. Taki mam plan na najbliższe dni. Zacznę od styczniowego znaczka Lizzie Kate.


niedziela, 16 grudnia 2012

Już prawie jest.

Nigdy nie ukrywałam, że backstitche to najmniej przyjemna dla mnie część haftu. Owszem lubię jak są, ale z robieniem ich już gorzej. I chyba nawet nie przebije ich haftowanie muliną metalizowaną. ;-) Dziś był mój pierwszy raz z tą materią. Fakt, draństwo sie rwie i nie chce współpracować. Użyłam dmc i madeiry, o dziwo madeira lepsza. Renkowi jeszcze trochę brakuje, ale chcę pokazać, że jednak nie odpuszczam temu bądź co bądź ufokowi.


Pamiętam o Waszych pytaniach odnośnie płynu zabezpieczającego brzeg kanwy. Akurat przy reniferze z niego nie korzystałam. Użyłam go jak na razie dwa razy i jak dla mnie stał się już "must have" w moim kuferku. Nawet chyba zacznę lobbować Haftix, aby wprowadził go do swojej oferty. ;-)
Wracając jeszcze do aidy rustico - według samego producenta kolory są różne: Oatmeal, Wheat, Harverst Wheat, Natural, Desert Rose, Prairie Sunset, Purple Mountain, Horizon Blue, Meadow Green, Seacrest Green. I zdjęcie ze strony Zweigart. Szkoda, że u nas nie ma takiego wyboru. :-(

piątek, 14 grudnia 2012

Przesyłki.

Z samego rana poleciałam na pocztę odebrać czekające na mnie dobra. Ile mam radości od godziny. :-) Nie wiedziałam tylko, że obróbka zdjęć zajmuje aż tyle czasu. ;-( Ale już wszystko gotowe, więc czas się chwalić. To taki prezent mikołajowy. Czekałam aż w sklepie pojawią się kanwy w dwóch upragnionych kolorach - nugatowym i oliwkowym. Ale do rzeczy. Zamówienie jak zawsze w Haftixie.



len 32 ct beżowy, aida 16 ct nugatowa, 14 ct aida lniana, aida 14 ct seledynowa, aida 16 ct oliwkowa


24 muliny dmc + prezent


Zaskoczyła mnie aida rustico. Od razu kolor wydał mi się jakiś inny. Z opisu wygląda, że powinno być to samo a jednak. Poniżej porównanie. 



Obie podobają mi się bardzo, tylko jak teraz zamawiać, żeby wiedzieć co przyjdzie?
Dostałam jeszcze kanwę Marty z naszym kalendarzem.


PS. Renifer prawie skończony. ;-)

sobota, 1 grudnia 2012

Renifer.

Ostatnio kilka bloggerek miało problem z dodawaniem zdjęć, bo jak się okazało przestrzeń na Picassie jest mocno ograniczona. W obawie, aby i mnie to nie spotkało zmniejszyłam wszystkie zdjęcia i podmieniłam w postach. Zajęło mi to dwa dni ale dzięki temu zabiegowi mam teraz wykorzystane 0,15% zamiast aż 24%. :-) Obrabiając te zdjęcia przypomniałam sobie o moim niedokończonym reniferze z zeszłego roku. Pamiętacie?


W tym stanie go porzuciłam, bo już chyba było dawno po świętach a zima miała się ku końcowi. Tę nogę, a raczej jej znikomą cześć musiałam wypruć, bo gdzieś tam wyżej się pomyliłam. A że jestem teraz uziemiona w domu, wysiadł mi kręgosłup a do tego jeszcze się przeziębiłam, to dłubię sobie po kilkanaście minut, bo resztę dnia niestety przesypiam po lekach.