niedziela, 21 lipca 2013

Rozstanie.

Po raz pierwszy mój haft poszedł w obce ręce. Newton powędrował w prezencie urodzinowym do mojej koleżanki z pracy. Nie wiem czemu ale bardzo ciężko byłoby mi się z nim rozstać. Obdarowana wydawała się zaskoczona i szczęśliwa. Reszta koleżanek wpadła na genialny pomysł, abym zaczęła haftami handlować. Moję pracę wyceniono na... 20 zł. Komentarz zbędny, bo przecież wszystkie sie już do tego przyzwyczaiłyśmy. :-(
Wiem, że już był pokazywany ale teraz sama go oprawiłam. Może nie wyszło idealnie, jednak moim zdaniem całkiem przyzwoicie. Nawet z filcem w środku się pobawiłam. ;-)





niedziela, 14 lipca 2013

Wzięło mnie na kwiaty.

Zupełnie tego nie rozumiem, ale jeszcze jakiś czas temu kwiaty nie wzbudzały we mnie zachwytu. Tak same w sobie, jak i ich kształt, forma czy zapach. A już tym bardziej w haftach były przez mnie pomijne. No może poza epizodem z hiacyntem ale nawet o nim zapomniałam i leży gdzieś na dnie pudełka. Jak widać zachwyt był naprawde chwilowy. :-) Aż tu w czerwcu odkryłam irysy.


Oczywiście nie widziałam ich po raz pierwszy w życiu, jednak po raz pierwszy mi się spodobały. Bardzo mi się spodobały. Do tego stopnia, że spacerując z psami wybierałam miejsca, w których rosły te kwiaty. Przystawałam na chwilę i podziwiałam, sama zdziwiona swoim zachowaniem. Akurat wtedy wyszedł numer Igłą malowane z irysami. Nigdy tej gazety nie kupowałam, tym razem skusiłam się aby mieć kolorowy schemat.



Wzór bez backstitchy ;-) Na 29 kolorów brakuje mi zaledwie dwóch lub trzech. Nawet mam już odpowiedni kolor aidy. Nic tylko zacząć wyszywanie i chyba tak właśnie zrobię. Bo irysy dawno przekwitły i ich widok pozostał tylko wspomnieniem.
Na zdjęciu z gazetą załapała się świeczka. Kwiatowa a jakże! Zapach na dziś to stokrotki czyli yankee candle loves me loves me not.


Zapach urzeka, unosi się w całym mieszkaniu. Śmiało już mogę powiedzieć, że kocham kwiaty i kocham yankee. ;-)

czwartek, 11 lipca 2013

Yankee Candle - nowe zauroczenie.

Uwaga! To uzależnia już od pierwszego kontaktu. ;-)


Do tej pory świece zapachowe kojarzyły mi się tylko z tymi w Ikei. Jakoś nigdy nie zadałam sobie trudu poszukania czegoś lepszego, ładniejszego, trwalszego. Ale do maniaków jeszcze się wtedy nie zaliczałam. Teraz odkryłam Yankee Candle. Coś czuję, że przepadłam i nie zamierzam się bronić. W ostatnim czasie na blogach osób mieszkających zagranicą spotkałam się z tą marką, jednak dopiero Ania swoim ostatnim postem uświadomiła mi jak bardzo te produkty są dostępne. Okazało się, że minimum raz dziennie mijam aż dwa sklepy firmowe! Wczoraj odwiedziłam sklep po raz pierwszy, dziś zaprowadziłam tam moją koleżankę. Najchętniej bym stamtąd nie wychodziła tylko wąchała i przebierała w zapachach. Znalezienie jednego naj, naj, naj... obawiam się, jest niemożliwe gdyż każdy kolejny wydaje się być jeszcze ładniejszy. Sama gustuję w zapachach świeżych, rześkich dlatego w pierwszej kolejności rzuciłam się na morskie, wodne, powietrzne. ;-) Ku mojemu zaskoczeniu urzekły mnie kwiatowe, owocowe a nawet znienawidzony kokos. Ach chciałabym prawie wszystkie. Narazie przytulilam 7 sztuk, pięć załapalo się na zdjęcia, które robiłam rano, a dwie dokupiłam dziś przed pracą - stokrotki i mango. Na pierwszy ogień zapaliłam coastal waters, czyli według opini zapach kostki toaletowej, ale mnie akurat bardzo przypasował i z żalem przyjęłam do wiadomości, że go wycofują z produkcji. No trudno, jest przecież jeszcze kilkadziesiąt cudownych i urzekających kompozycji. :-)





wtorek, 9 lipca 2013

Candylen czyli lniane candy.

Rzadko kuszą mnie rozdawajki, ale ta jest absolunie wyjątkowa. Koło lnu nigdy nie przejdę obojętnie. :-) Jeśli i Waszym obiektem pożądania są kropeczki zapraszam do Beli.


niedziela, 7 lipca 2013

Nowy nabytek.

Już od dawna chodziły za mną nowe nożyczki. Moje pragnienie jest stale potęgowane zakupami innych hafciarek. ;-) Przeglądam blogi, sklepy, aukcje, strony producentów i mogłabym wskazać przynajmniej z 10 par, które chętnie bym przygarnęła. Same wiecie jak wybór potrafić być trudny, a mało kto może sobie pozwolić na spełnienie wszystkich marzeń jednocześnie. Wczoraj rano znowu śliniłam monitor, kiedy dokonałam zaskakującego odkrycia. Znalazłam kolejne (a jakże!) nożyczki, których zapragnęłam. Ku mojemu zaskoczeniu cena niższa niż na ebay i dostępność - raptem 20 min autobusem. I ten kolor jak stworzony dla mnie. Można powiedzieć, że pognałam do sklepu. Nawet tropikalny upał mnie nie zniechęcił. :-) Są moje! Oto one.





Niby mała rzecz a radość potrafi być ogromna. :-) Mam nadzieję, że to jest początek mojej pięknej kolekcji, w której chętnie widziałabym prawdziwe rarytasy jak na przykład "gingher designer series". Póki co to tylko sfera marzeń, bo ich ceny potrafią sieganąć nawet 500$. Więc teraz wracam na ziemię i kończę lipcowy obrazek.